Lublin 700 lat Lublina UMCS
Rozmowa z Krzysztofem Szewczykiem

Rozmowa z Krzysztofem Szewczykiem

Koszykarki Pszczółka AZS UMCS Lublin mają za sobą debiutancki sezon w Tauron Basket Lidze Kobiet. Akademiczki pierwszy rok gry w krajowej elicie zakończyły na 9. miejscu. To dobry wynik jak na beniaminka, którego celem było utrzymanie się w lidze, ale jak przyznają zawodniczki i trener, pozostał mały niedosyt, bo play-offy były na wyciągnięcie ręki. Szansę na awans do najlepszej ósemki przekreśliła ostatecznie wyjazdowa przegrana z Basketem Konin.

O zakończonym debiutanckim sezonie w TBLK rozmawialiśmy z trenerem Pszczółka AZS UMCS Lublin - Krzysztofem Szewczykiem.

AZS.UMCS.PL: Pierwsze pytanie jakie sie przy tej okazji nasuwa, to jakby Pan ocenił ten sezon? Czy dziewczyny osiągnęły już maksimum swoich mozliwości czy jednak pozostał jakiś niedosyt, bo jest jeszcze rezerwa?

Krzysztof Szewczyk: Na pewno niedosyt jest. Naszym celem minimum było utrzymanie. To w miarę spokojnie już osiągnęliśmy. My w drużynie mieliśmy wewnętrzny cel - awansować do play-offów. Tego chcieliśmy. To z różnych powodów się nie udało. Takim głównym była plaga kontuzji, która nas praktycznie przez cały sezon prześladowała. Zwłaszcza Darę Taylor, która była dla nas kluczowym graczem, a tak naprawdę w połowie spotkań nie mogliśmy z niej skorzystać. I to była główna przyczyna dla której nie udało się awansować, zabrakło nam dosłownie jednego zwycięstwa.

Szanse na play-offy ostatecznie zostały pogrzebane po porażce w Koninie z Basketem. To jest drużyna, która Wam sporo problemów w tym sezonie sprawiła. Dość niepozorna, bo długi czas ostatnia w ligowej tabeli, a jednak udało się z nią wygrać tylko raz.

Zespół z Konina nam nie leżał od samego początku. Pierwszy nasz mecz z nimi w Lublinie, to było dla nich pierwsze zwycięstwo w lidze, my zagraliśmy bardzo słabo. Jak później oglądaliśmy na materiale filmowym, nie trafiliśmy dwudziestu rzutów spod samego kosza. Później ten skład Konina troszeczkę się zmienił. Zespół pozyskał cztery nowe zawodniczki zagraniczne i to był już zespół na miarę play-offów. Mieli dwie bardzo dobre małe, szybkie zawodniczki, z którymi praktycznie w każdym meczu mieliśmy problem, żeby je zatrzymać, plus do tego bardzo silną i sprawną pod koszem Glorię Brown. I to był taki główny problem, ale cóż… tak bywa. Zespół z Konina nam nie leżał i nic na to nie mogliśmy poradzić. Dobrze, że w ostatnim meczu kończącym sezon udało nam się wygrać i tak jakby przełamać tę niemoc.

Pan w Lublinie zostanie na przyszły sezon, to już jest oficjalna wiadomość. Co w takim razie należałoby zmienić w tej drużynie, aby w następnym roku walczyła o coś więcej niż utrzymanie?

Tak naprawdę wszystko zależy od budżetu jakim będziemy dysponowali w przyszłym sezonie, jakie pieniądze będziemy mogli przeznaczyć na zakontraktowanie nowych zawodniczek. I tak naprawdę to zdeterminuje budowę zespołu.

Z pewnością na pytanie o konkretne nazwiska jest jeszcze za wcześnie, ale są w zespole zawodniczki, które błysnęły formą. Na liderkę wyrosła Angel Robinson, która w założeniu miała być w zespole tylko przez miesiąc. Z dobrej strony pokazała się Olivia Tomiałowicz - ona także nie była w tej drużynie od początku sezonu. Czy może są takie zawodniczki, które najbardziej chciałby Pan zatrzymać?

Ciężko w tej chwili mówić o nazwiskach. Na pewno wiadomo, że zostaną Aldona Morawiec i Monika Skrzecz, bo obie mają kontrakty podpisane na następny sezon. Jest grupa zawodniczek z tego sezonu, z którymi chcielibyśmy przedłużyć współpracę, ale o tym będziemy jeszcze rozmawiać.

Pszczółka sezon już zakończyła, ale walka o medale w TBLK jeszcze trwa. Czy Pana zdaniem Wisła Can-Pack Kraków potwierdzi swoja dominację z sezonu zasadniczego czy jednak nie będzie to takie proste?

Na pewno potwierdzi. Nie przewiduje tutaj innej możliwości niż zwycięstwo Wisły. Ten zespół ma ogromny potencjał jak na polską ligę, ma świetne zawodniczki i tutaj każda porażka tej drużyny będzie wielką sensacją. O ile w serii do dwóch zwycięstw może z jedną wygraną rywalom Wisły uda się uszczknąć, to w serii do trzech zwycięstw w Polsce z Wisłą nikt nie ma szans.

Po zakończeniu tego sezonu ligowego na pewno przyjdzie czas na reprezentację. W tym roku przed „biało-czerwonymi” ważna impreza - Mistrzostwa Europy. Polki zagrają w grupie z Turcją, Białorusią, Grecją i Włochami. Którego z tych rywali można się najbardziej obawiać?

Na pewno Turczynek. To jest czołowy zespół w Europie i wydaje się, że to będzie najmocniejszy rywal, ale my mamy taką reprezentację, że nie ma dla nas słabych przeciwników. Do każdego z tych zespołów musimy podejść z pełnym zaangażowaniem, z pełną koncentracją i tylko wtedy mamy szansę, żeby wyjść z tej grupy.

Jaki jest plan przygotowań?

Przygotowania zaczynamy 5 maja, zgrupowaniem w Cetniewie. W połowie maja przenosimy się do Sopotu i tam rozegramy dwa mecze ze Szwecją. Tam będziemy do końca miesiąca, a na początku czerwca wyjeżdżamy na taki łączony turniej do Hiszpanii i Francji i po powrocie już praktycznie od razu jedziemy do Rumunii.

Które miejsce na Mistrzostwach Europy byłoby dla drużyny satysfakcjonujące, oczywiście biorąc pod uwagę jej realne możliwości?

Wiadomo, że w Europie są dwa zespoły poza zasięgiem pozostałych - to Hiszpania i Francja. A tak naprawdę w pozostałych meczach można się pokusić o zwycięstwo z każdym. My za cel postawiliśmy sobie minimum 5. miejsce, bo chcemy dostać się do kwalifikacji na igrzyska olimpijskie i taka lokata to umożliwia.

Wspierają Nas